sobota, 2 sierpnia 2014

Rozdział 9

-Cieszę się. Mam nadzieję, że jakoś ze mną wytrzymasz.-jego usta drgneły lekko w uśmiechu.
-Na pewno wytrzymam-wyszczerzyłam do Justina zęby w uśmiechu.
-Miło mi, bo już myślałem, że na prawdę jestem taki nieznośny i, że tak bardzo mnie nie lubisz.
-Poza tym to tylko dwa miesiące.
-Zobaczymy jak nam sie to wszystko ułoży skarbie.
-To co? Po lekcjach jedziemy po moje rzeczy?
-Oczywiście księżniczko.
-Ej stary chodź bo spóźnimy się na angielski!-wtrącił Ryan.
-Już idę-powiedział-zobaczymy się później - cmoknął mój policzek.
-Pa Jussy-przygryzłam wargę.
Moją następną lekcją była matematyka, więc ruszyłam w stronę sali nr 102. Była ona na 2 piętrze. Gdy doszlam do sali zadzwonil dzwonek. Usiadłam w ostatniej ławce. Gdy doszlam do sali zadzwonil dzwonek. Usiadłam w ostatniej ławce. Nie uważałam na całej lekcji. Wyobrażałam sobie jak to teraz będzie ze mną i Justinem. Nie mogłam uwieżyć że nauczyciele od chemii mogli wymyśleć takie zadanie. Nie wiem jak ja powiem o tym mojej dyrektorce z domu dziecka. Miałam mętlik w głowie. Bałam się co teraz będzie. Justin jest jedyną osobą, której na prawdę ufam. Jeżeli coś pójdzie nie tak to go stracę. No i jeszcze pojawił się problem z Pattie. Na moje nie szczęście leży w szpitalu i nie może mi doradzić a tak naprawdę to tylko Pattie umie mi pomóc. Muszę teraz Justinowi pomóc z Pattie jakbym była jego żoną. A najgorsze jest to że w szkole też musimy się tak zachowywać. Mam nadzieję, że damy radę. Że Pattie wyjdzie ze śpiączki i że w końcu wszystko się ułoży. Z zamyśleń wyrwał mnie głos nauczyciela.
-Avalanna?!
-Um słucham?
-Do tablicy. -Nie stresowałam się, bo umiałam wszystko. Podeszłam do tablicy, szybko rozwiązałam  i spowrotem ruszyłam w stronę mojej ławki. Gdy nagle poczułam jak upadam na podłogę. Natan Collenman. Dręczy mnie od kąd tylko sięgam pamięcią. Należy do drużyny football'owej. Tym razem podstawił mi nogę. Nie wytrzymałam i wyszłam z sali do łazienki. Postanowiłam, że napisze do Justina.
"Do: Justin :)
Jak ci mija lekcja, bo moja do dupy?"
Chwilę poczekałam i dostałam odpowiedź.
"Od: Justin :)
Co się stało, księżniczko?"
"Do: Justin :)
Eh długa historia księciu"
"Od: Justin :)
Gdzie jesteś?:("
"Do: Justin :)
W łazience na drugim piętrze. A co?"
Od: Justin :)
Zaraz tam będę. Trzymaj się słońce"
Justin miał lekcję na 3 piętrze, ale tak czy siak nie czekałam na niego długo. Po 5 minutach stał już w drzwiach ze zmartwioną miną.
-Co się stało misiu?-podszedł do mnie w tempie "now".
-Kojarzysz Natan'a Collenman'a?
-Tak. To ten największy frajer w całej szkole. Dręczy tylko dziewczyny i myśli, że jest cool.
-No to właśnie jak wracałam od odpowiedzi to podstawił mi nogę i przez niego się wywróciłam. Właśnie dlatego tu jestem. Od kąd pamiętam mnie dręczy. A najgorsze jest to, że większość osób jak zwykle się ze mnie śmiało.
-Nie przejmuj się nim. Mogę Cię zapewnić, że już nic więcej nie zrobi.
-Justin tylko nic mu nie zrób. Obiecujesz?
-Postaram się. Nie chcę abyś już cierpiała. Chcę Cię chronić. Jesteś dla mnie powodem dzięki któremu szczerze się uśmiecham.-musną moje usta i czule przytulił. Poczułam motylki w brzuchu. Chyba... Chyba się zakochałam.
-Jussy ja... ja....-moją wypowiedź przerwał dźwięk otwierających się drzwi. Do łazienki weszła największa suka w całej szkole.
-Witaj Jussy, kochanie.
-Zostaw mnie w spokoju, dziwko. Chodź Av.-odpowiedział Justin z wściekłością w głosie. Nic nie powiedziałam tylko ruszyłam za nim.
-Widzę, że znalazłeś sobie nową suke do ruchania co Bieber?!-krzyknęła za nami. Czułam jak zbierają mi się łzy w oczach.
-Av... Nie przejmuj się tą dziwką... Ona jest nikim. A ty jesteś cudowną dziewczyną. Powtarzam ona jest tylko DZIWKĄ.
-Justin...
-Tak księżniczko?
-Nic nie jest takie proste. Wszystko biorę do siebie. Wierzę w to co mówią ludzie...
-Wierz tylko w to w co warto wierzyć kochanie. Tak jak w moją....-Znowu przerwano nam tym razem dzwonek na przerwę.
-Nie mam ochoty tam wracać....-jęknęłam.
-Odprowadzę Cię dobrze? Weźmiesz szybko swoje rzeczy z sali i pojedziemy po twoje ciuchy z domu. Zgadzasz się księżniczko?
-Okej... nie wiem czy dyrektorka będzie z zadowolona, że ponownie zerwałam się z lekcji.
-Kotku wszystko jej wytłumaczę. Dobrze?
-Dasz radę? Juss ona jest nieugięta.
-Mam dar przekonywania. Doda się trochę słodyczy w głosie i będzie dobrze a teraz już chodź. -zaśmiałam się-dobrze już przecież idę mój słodki rycerzyku.
Gdy zabrałam moje podręczniki i zamknęłam je w szafce. Wymknęłam się z Justinem i wsiedliśmy do jego samochodu. Zaraz przecież jego tu wcześniej nie było.
-Justin?
-Tak?
-Jak ten samochód się tu znalazł?
-Magia. Nie a tak na serio to mój szofer moim samochodem tu przyjechał i odjechał taksówką.
-Twój kto?
-Um sorry, nasz szofer.
-Justin nie wygłupiaj się. Nie jesteśmy małżeństwem
-...jeszcze-puścił mi oczko-Jednakże według szkoły mamy dwumiesięczne małżeństwo.
-Myślisz, że nie przesadzasz?
-Av... Może ty myślisz że przesadzam ale to będzie najlepsze 2 miesiące, bo spędzę je z tobą, księżniczko.
-Justin...
-Słucham
-Boję się...
-Czego? Tylko nie mów że mnie, bo nigdy sobie tego nie wybaczę.
-Nie-zaśmiałam się-jesteś łagodny jak baranek.
-Uff to dobrze. To czego się boisz?
-Że po tym projekcie stracimy wszystko co zbudowaliśmh do tej pory...
-Odkąd bliżej cię poznałem liczę na więcej nie tylko przyjaźń. Mam nadzieję że ten projekt nas zbliży do tego stopnia abyś mi zaufała że nie skrzywdzę cię.
-Justin, ja też coś zaczynam czuć. Ufam Ci jak nikomu innemu. Ja.. Ja po prostu nie chcę Cię stracić...
-I nie stracisz bo nie pozwolę Ci odejść. Av zostaniesz moją dziewczyną?
-Justin jesteś najmilszym, najprzystojniejszym i w ogóle najlepszym chłopakiem jakiego poznałam przez całe moje życie. Ale czy Ty na prawdę chcesz mieć za dziewczynę taką brzydką, słabą, bezbnronną, z taką przeszłością? Czy będziesz przy mnie szczęśliwy? Czy nie zranisz mnie nigdy bardzo mocno?
-Jesteś najcudowniejszą, najpiękniejszą dziewczyną na świecie. Chce żebyś czuła się przy mnie szczęśliwa, a ja już jestem przy tobie szczęśliwy. Nigdy nie pozwolę aby Ci się coś stało więc sam cię nigdy nie zranię.-podeszłam do niego bliżej, popatrzyłam mu głęboko w oczy
-Justin, jesteś tego pewien?
-W stu procentach.-uśmiechnął się do mnie. Szeroko się uśmiechnełam, a następnie czule go pocałowałam. W brzuchu czułam miliardy motylków. To uczucie było magiczne. -Czyli się zgadzasz?-zapytał słodko
-Tak. -podniósł mnie i zaczął kręcić wokół własnej osi. Po chwili postawił mnie na ziemi mocno mnie przutulił i czule pocałował.
-Justin? Może pojedziemy już po moje rzeczy?
-Um... No tak... Jasne...
Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy. Po 15 minutach byliśmy na miejscu. Powiedział, że pójdzie pogadać z dyrektorką i że mam iść na górę przygotować ubrania do przeniesienia. Szybko pozbierałam torby z ciuchami. Nagle wszedł Justin.
-Spakowałaś już wszystko?
-Tak. Wczoraj posprzątałam i od razu pochowałam do toreb więc dużo pracy nie miałam.
-Okej. Ja już wszystko zabieram.
-Poczekaj ja też coś wezmę.
-Dam radę. Księżniczki nie powinny taszczyć takich ciężarów.
-Justin ale tego jest dużo i w ogóle... Nie chcę żebyś wszystko robił za mnie.
-Dam sobie radę. Nie jestem aż takim cieniasem.
-Cokolwiek. Tylko potem nie narzekaj że cię plecy bolą chyba że chcesz mieć je później wymasowane.-uśmiechnęłam się do niego szeroko.
-O to mi właśnie chodzi.-uśmiechną się-Idź się pożegnać z Amandą.
-Zaraz wracam księciu-pocałowałam go w policzek
-Wolałbym całusa tu-pokazał na swoje usta
-Musisz zasłużyć sobie-powiedziałam z uśmiechem na twarzy. Szybko do mnie podszedł, przytulił mnie tak, że nie mogłam ruszyć nawet rękoma.
-I co teraz?-uśmiechnął się.
-Hmmm...No nie wiem. Co powiesz na to?-pocałowałam go namiętnie w usta.
-Podoba mi się, mam nadzieję, że będzie zdarzało się coraz częściej.
-Może... A teraz mnie puść bo muszę iść do Amandy.
-A co jeśli nie?
-Sam mi kazałeś iść.
-Żartuję. Leć, leć bo u mnie w domu jeszcze mamy dużo roboty.-powiedział patrząc na te wszystkie torby-no raz!-pognał mnie z uśmiechem na twarzy.
-Do zaraz. - szłam trochę zdenerwowana bo nie wiedziałam co mam jej powiedzieć. Weszłam do jej pokoju.
- Hej Am!
-Um nic. Mam chłopaka, wyprowadzam się do niego na dwa miesiące bo musimy udawać małżeństwo.
-Okej. Cieszę się. Ale pamiętaj o mnie i jak coś się dzieje to wiesz gdzie mnie szukać. -powiedziała z uśmiechem na twarzy.
-Nie jesteś zła czy nie jesteś smutna?
-Cieszę się bo widzę, że ty jesteś szczęśliwa. -podeszłam bliżej, przytuliłam ją
-Dziękuję. Pamiętaj, nie ważne co się stanie zawsze będę Cię kochać.
-Dobra leć już do swojego kochasia-powiedziała śmiesznie.
-Av!-krzykną Justin z dołu
-Idę!-odkrzyknęłam-Pa!-przytuliłam ją szybko i niemalże wybiegłam z pokoju.
Zeszłam szybko na dół i zobaczyłam Justina jak męczy się z torbami.
-Juss daj pomogę Ci.
-Daaaa...-widziałam jak się potyka i prawie spada ze schodów, ale w ostatniej chwili go podtrzymałam.
-Oh Justin. Teraz mi dasz?
-Nie. Poradzę sobie.
-Jussy prawię się wywaliłeś. Bałam się. Myślałam że nie zdążę i spadniesz.
-Dobra, ale jedną. Tę-wskazał na najmniejszą i najlżejszą.
-Oh serio? Nie jestem taka słaba jeśli chodzi o siłę fizyczną.
-Ale nie chcę żebyś się przeciążyła. Chociaż wtedy to ja mógłbym cię wymasować-uśmiechnął się szeroko-Lecz jak chcesz wziąć jakąś torbę to tylko tą co Ci pokazałem.
-Dam radę. Poważnie.-spojrzał na mnie z niedowierzaniem-Oh no daj mi się wykazać!
-Dobra to możesz wziąć jeszcze-popatrzył na torby-ten plecak.
-Niech Ci będzie, ale patrz pod nogi-ostrzegłam.
-Poczekaj na dole księżniczko. Ja zaraz zejdę.
-Okej. Będę przy samochodzie.
Wyszłam z domu i ruszyłam w stronę samochodu gdy nagle usłyszałam głośny hałas. Wbiegłam do środka i zobaczyłam Justina na ziemi i porozrzucane walizki.
-Oh Justin! Coś Ci się stało?
-Nie. Tylko się poobijałem.
-I co ja mam z tobą zrobić?
-Obecnie możesz mnie przytulić i pocieszyć-porusza śmiesznie brwiami.
-Chodź tu skarbie-powiedziałam do niego-Pocieszę cię później. Dzieci patrzą. Mogę jedynie cię przytulić-przytuliłam go-i nakrzyczeć. Justin! Mówiłam że masz mi dać kilka toreb! Zachowałeś się nierozsądnie. Przecież mogło Ci się coś stać!
-Ej! Na mnie się nie krzyczy! Mnie się przytula!-robi udawaną oburzoną minę-Wiesz jak to boli?-wskazuje na serce-O tu?
-Mogę Ci pomóc? Jesteś cały poobijany daj mi te dwie walizki.
-No dobra... Oficjalnie stwierdzam fakt, że jestem największą cipą na całym świecie!
-Widzę-śmieje się Amanda, która stoi na samym szczycie schodów.
-Justin jednak Av ma rację z tym że wcześniej nie dałeś jej toreb-powiedziała Amanda.
-To wcale nie jest prawda. Po prostu się potknąłem.-jęczy.
-Justin... Przyznaj się że to przez to że miałeś za dużo walizek.
-Av zachowujemy się jak małe dzieci. Po prostu odpuść.
-Tak, masz rację. Jedźmy już.
Wyszliśmy z domu i po chwili byliśmy już przy samochodzie. Justin otworzył bagażnik a ja pomagałam mu spakować rzeczy. Weszłam do samochodu a tuz po mnie wszedł Juss. Odpalił silnik i już pędziliśmy w stronę um... Jego? Naszego? Domu. Po 20 minutach byliśmy na podjeździe do jego domu. Wypakowujemy rzeczy i maszerujemy do domu.
-Justin, gdzie ja będę spała?
-Ze mną-doszliśmy do drzwi. Otworzył je szybko i dopowiedział-księżniczko już ze mną spałaś. Poza tym mamy zachowywać się jak małżeństwo-dał mi szybkiego ale namiętnego całusa.
-Tak wiem. Justin nie uważasz, że...dobra jednak nic-podchodzę do łóżka i się na nim kładę.
-Powiedz skarbie co chciałaś powiedzieć- powiedział Justin błagającym tonem.
-Justin, to nie jest ważne-marudzę.
-No dobrze. Chcesz dzisiaj to wszystko rozpakować?
-Tak. Jestem pewna, że następnym razem nie będzie chciało mi się tego robić.
-Pomóc Ci?
-Jak byś mógł-lekko się uśmiechnęłam.
-To co mam robić?
-Mógłbyś rozpakować tamtą walizkę-wskazuję na największą, szarą torbę.
-Już się robi. -pociągnął za suwak i jednym sunięciem otworzył walizkę- OMG!
-Co się stało?-wychylam głowę z nad szafki i widzę jego przerażoną twarz. Ponosi mnie głośny śmiech.
-Czy ty się ze mnie śmiejesz?
-Tak bo co mi zrobisz?-Żartuję.
- Teraz nic. Idę zrobić coś do jedzenia. - Mi nic nie rób!-krzyknęłam za nim.
-Musisz coś zjeść! -krzyknął z dołu.
Postanowiłam zejść na dół i mu pomóc.
-Na prawdę nie jestem głodna.
-No dobrze. A może chcesz coś do picia?
-Herbatę, poproszę.
-Już się robi- cmoknął mnie szybko w usta i wstawił wodę do gotowania.
Poszłam do salonu, usiadłam na kanapie i wygodnie się oparłam. Czułam jak moje powieki stają się coraz cięższe. Nie wiem nawet Morfeusz porwał mnie do swojej krainy. Poczułam jak ktoś mnie podnosi i gdzieś niesie.
~~*~~
Obudziłam się o 2. Byłam wtulona w Justina. Zachciało mi się pić. Starałam się jak najdelikatniej wywinąć się z jego ramion. Nie udało się.
-Mamo jeszcze pięć minut - mruknął.
Jak słodko. Chyba mu to rano powiem. A może i nie?
-Justin- szepnęłam. Przebudził się.
-Tak skarbie? -pocałował mnie w usta.
-Mogę iść się napić?
-Jasne. Dlaczego się pytasz?
-Bo mnie trzymasz?
-A już. Sorry. -zaśmiałam się i powolnym krokiem poszłam na dół. Podeszłam do lodówki, wyjełam sok pomarańczowy i nalałam do szklanki. Tym samym tempem ruszyłam na górę. Justina nie było w pokoju.
-Justin! Gdzie jesteś? !
Nagle ktoś objął mnie od tyłu. Pisnełam i miałam już łzy w oczach.
-Kochanie to tylko ja - szepnął mi do ucha. Obróciłam się i wtuliłam w jego klatkę piersiową, a po chwili rozpłakałam się jak małe dziecko.
-Ja...ja przepraszam- zająkał się Justin
-Justin..-łapałam powietrze między sylabami- to nie twoja wina.
-Moja. Nie powinienem był cię straszyć.
-Justin a ja nie powinnam aż tak się wystraszyć, a po za tym nie mogłeś tego przewidzieć. Nie obwiniaj się za każdym razem.
Jesteś tylko człowiekiem. Może położymy się jeszcze spać?
-Um.. Tak W końcu jest dopiero 2.
~*~
Obudziliśmy się w tym samym momencie.
-Idziemy zjeść śniadanie?
-Jasne-musnęłam jego usta, ale Justin przedłużył pocałunek.
-Kocham czuć twoje usta na moich księżniczko.
-Ja Twoje też-zarumieniłam się.
-Co chcesz na śniadanie?-zapytał się Justin.
-Naleśniki!-krzyknęłam jak mała dziewczynka, Justin zaśmiał się.
-A co będę z tego miał?-zaczą śmiesznie poruszać brwiami.
-Hmmm... Jeszcze nie wiem.
Justin zaczął robić naleśniki a ja usiadłam przy blacie i go obserwowałam.
-Zrób zdjęcie zostanie na dłużej.
-Okej-zaśmiałam się i wyjęłam mój stary telefon.
-Hmmm... Musimy załatwić Ci jakiś lepszy telefon.
-Nie chcę żadnych prezentów.
-Dobrze. Dzisiaj jest sobota więc mamy cały dzień dla siebie. Co więc chcesz porobić?
-Jussy, bądź kreatywny!
-Ugh... Nie wiem.- przerwał mu dzwonek przychodzącego sms-a. - Poczekaj chwilę.  -szybko zaczął coś pisać- księżniczko muszę na chwilę wyjść. Możesz zjeść sama śniadanie?
-Jasne, nie ma problemu-pocałowałam go w usta.
Chwilę później Justina już nie było.  Dokończyłam szybko śniadanie i ruszyłam do pokoju aby w końcu się rozpakować.
Rozpakowywanie z muzyką na full i dobrą zabawą przy tym zajęło mi dość sporo czasu. Był to dla mnie plus bo się nie nudziłam.
-Uważaj bo mogą Cię okraść-aż podskoczyłam.
-Jejku! Ale mnie wystraszyłeś.
-Ups... Przepraszam. Już się rozpakowałaś?
-Już kończę. Czemu pytasz?
-Moglibyśmy się gdzieś przejść.
-Jeszcze chwilka.
-Oczywiście. Pomóc Ci?
-Dam sobie radę.-uśmiechnełam się.
-No dobrze.  Jesteś głodna?
-Nie. Niedawno jadłam.
-Niedawno czyli 5 godzin temu?
-Tak szybko to zleciało?
-Tak. Przepraszam że tak długo.
-Nie szkodzi. Nie nudziłam się- uśmiechnełam się do niego.
-Mam coś dla ciebie.-odwzajemnił uśmiech- czeka w salonie. Tylko żadnych problemów. Masz to przyjąć.  Zgoda?
-Justin!-jęknęłam
- Proszę, księżniczko.
-Ale to nie jest nic kosztownego?
-Wiesz...-podrapał się po karku.
-Ostatni, ostateczny raz!-ostrzegłam.
- Jej. Chodź na dół.  Albo nie. Zamknij oczy.
-Przewrócę się jak bede szła po schodach.
-Dlatego wezmę Cię na ręce.
-Ale ja jestem ciężka Justin-protestuję.
-Jesteś taka uparta- szybkim prostym ruchem złapał mnie i wziął na ręce tak jak małe dziecko.
Piszczę najgłośniej jak potrafię. Po chwili uświadamiam sobie, że go to nie rusza. Po chwili postawił mnie na ziemi.  Pocałował mnie namiętnie i zakrył dłońmi moje oczy. Poczułam jak gdzieś idziemy. Gdy doszliśmy do celu odsłonił mi oczy i krzyknął:
-Niespodzianka! - zobaczyłam cały pokój w kwiatach i to moich ulubionych.
-Dziękuję-wskoczyłam na niego i mocno przytuliłam. Po chwili lekko się odsunęłam-To moje ulubione...
-Wiem-uśmiechną się szeroko.
-Skąd?-powiedziałam zaskoczona.
-Jak byłem mały mama opowiadała mi o księżniczce, która nie ma rodziców. Mówiła, że jest wspaniałą osobą, której trzeba pomóc. Zdradziła mi jak wygląda, jakie kwiaty lubi i tak dalej. Ale najważniejszą rzecz jaką mi powiedziała to ta, że muszę w przyszłości ją odnaleźć i pomóc.-przerwał i nieśmiało się umiechną-zawsze lubiłem słuchać opowieści o księżniczce. I zobacz ona stoi tu przede mną.
-To takie...-poczułam jak łzy spływają mi po policzkach- słodkie.
Pocałowałam go w usta a on pogłębił pocałunek.
-To jeszcze nie wszystko- wziął ze stołu jakieś pudełko- to dla ciebie. Masz tam już moje zdjęcia więc nie musisz na razie mi robić- powiedział i podał mi nowego iPhone'a.
-O nie!-jęknęłam- Justin tego już za wiele.
-Księżniczko...
-Justin...
-Ugh... No weź to. A ja idę do kuchni.
Nic nie powiedziałam tylko rzuciłam się na łóżko twarzą w poduszkę. Doceniam to, że Justin się o mnie troszczy, chce abym miała jak najlepszy sprzęt i w ogóle żeby mi było dobrze. Ale dla mnie to za wiele. Nie dość, że u niego mieszkam to jeszcze kupuje mi takie drogie prezenty.
Wstałam z łóżka i poszłam do kuchni gdzie Justin przygotowywał obiad. Przytuliłam go od tyłu i szepnęłam.
-Justin ostatni raz przyjmuje od ciebie taki drogi prezent. -odwrócił się i mnie pocałował.
-Dlaczego jest Ci tak trudno je przyjmować?
-Bo nie lubię jak ktoś wydaje na mnie pieniądze.
-Av...
- Juss...
-Ja chcę abyś miała wszystko co najlepsze.
- Ja wiem. Tylko daj mi się przyzwyczaić. Sam wiesz że zawsze miałam mało.
-Wiem doskonale księżniczko.-powiedział smutno i przyciągnął mnie bliżej siebie.
-Kocham Cię Jussy.
-Na prawdę?-powiedział zaskoczony.
-Tak.
-Nie sądziłem, że odwzajemniasz moje uczucia.
-Jak mogłeś tak sądzić. Przecież zgodziłam się być twoją dziewczyną. Kocham Cię. Naprawdę - pocałował mnie namiętnie w usta.
-Avalanno Routh Kocham Cię najbardziej na świecie!-wykrzyczał z wielkim uśmiechem na twarzy.
-To co.. jemy na obiad?
-Wiesz miało być spaghetti ale coś mi nie wyszło.
-Dlaczego Ci nie wyszło?
-Chyba coś źle dodałem. Pomożesz?
-Jasne. Dla Ciebie wszystko kochanie.-uśmiechnełam się.
-Nie wiem . Justin a tak w ogóle to z czego zrobiłeś ten sos?
- Um... Z tego mięsa-pokazał na opakowanie po kurczaku- i...
-Justin sosu do spaghetti nie robi się z kurczaka. Ugh... Idź do pokoju a ja coś wykombinuje.
-Mogę Ci pomóc. Z wielką chęcią.
- Juss...
-Dobra, dobra już idę...
-Zawołam Cię jak skończę, mój księciu.
-Dobrze ale wymyśl mi jakieś zajęcie księżniczko-pocałował mnie w policzek.
-Hmm... Możesz jechać do sklepu i zrobić zakupy.
-Co trzeba? Zrobię liste, ale bedziesz musiała mi pomóc.
-Okej. - Szybko napisałam mu co trzeba kupić.
-Za 43 minuty będę. Pa-podszedł do mnie i cmokną mój policzek.
-Odliczam czas, bey bey.- podeszłam do niego i cmoknęłam jego usta
-Będę punktualnie. Jak zawsze.
-Okey! - krzyknęłam za nim. Gdy wyszedł. Zaczęłam gotować potrawkę. Zawsze lubiłam gotować. Wiem, że stawałam się coraz lepsza. Zazwyczaj pomagałam gotować w domu dziecka. Sprawiało mi to przyjemność, bo wiedziałam, że dzieciaki są najedzone. Po niecałej godzinie przyjechał Justin. Był cały obładowany w torbach. W jednej z toreb zauważyłam piwo.
- A to co Justin? - pokazałam na tą torbę.
-Piwo-odpowiedział głupio.
-Juss... Nie chcę abyś pił piwo w moim towarzystwie.
-Misiu to tylko jedno piwo.
- Ugh... No dobra...
-Nie lubię jak się denerwujesz.-powiedział z żalem- a tym bardziej na mnie...
-Ja po prostu się martwię... Chodź skończyłam gotować.
-----------------------------------
OMG! Rozdział był strasznie długo dodawany. Miał być już dodany w tamtą sobotę ale chyba z 10 razy musiałam od nowa pisać bo mi się usuwał. Dlatego z całego serca przepraszam.... A tutaj na pocieszenie macie zdjęcie Jussa. Buziaczki i do następnego :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz